Dystymia – czym jest przewlekłe obniżenie nastroju i jak je leczyć?


W praktyce gabinetowej rzadko zdarza się, aby pacjent usiadł w fotelu i powiedział: „Podejrzewam u siebie dystymię”. To zaburzenie, które ze względu na swoją specyfikę i przewlekłość, posiada niezwykłą zdolność do kamuflowania się pod płaszczem cech osobowości. Pacjenci zgłaszający się do MindPoint zazwyczaj mówią o sobie w kategoriach deficytu charakterologicznego. Twierdzą, że są „urodzonymi pesymistami”, ludźmi o „melancholijnej konstrukcji” lub po prostu, że życie ich nie cieszy, bo „tacy już są”.

 

Dla wprawnego klinicysty jest to pierwszy sygnał alarmowy. Mamy bowiem do czynienia z objawem, który w psychiatrii określamy mianem egosyntonicznego. Oznacza to, że choroba wrosła w strukturę „JA” tak głęboko, że pacjent nie postrzega jej jako ciała obcego (jak dzieje się to w przypadku ataku paniki czy ostrej depresji), lecz jako immanentną część swojej tożsamości. To właśnie ten mechanizm sprawia, że dystymia, obecnie klasyfikowana w DSM-5 jako Uporczywe Zaburzenie Depresyjne (Persistent Depressive Disorder – PDD), jest jednym z najtrudniejszych diagnostycznie i terapeutycznie wyzwań.

 

Obraz kliniczny: Cierpienie o niskim natężeniu, ale wysokim koszcie

W przeciwieństwie do Wielkiego Epizodu Depresyjnego (MDD), który uderza nagle i drastycznie zaburza funkcjonowanie, dystymia jest procesem rozciągniętym w czasie. Kryterium diagnostyczne mówi o minimum dwóch latach trwania objawów, jednak w naszej praktyce spotykamy osoby funkcjonujące w tym stanie przez dekadę lub dłużej.

Pacjent z dystymią zazwyczaj pracuje, utrzymuje relacje społeczne i wywiązuje się ze swoich obowiązków. Z zewnątrz wygląda na osobę „funkcjonującą”.

 

Dramat rozgrywa się wewnątrz. To życie w stanie permanentnej anhedonii – niezdolności do odczuwania satysfakcji, przyjemności i napędu życiowego. Każda czynność, od wstania z łóżka po realizację projektu w pracy, obarczona jest nienaturalnie wysokim kosztem energetycznym. Pacjent wykonuje ruchy, ale nie czuje ich sensu.

Warto zwrócić uwagę na somatyczny aspekt tego zaburzenia. Ponieważ psychika nie ma dostępu do „paliwa” w postaci pozytywnych wzmocnień emocjonalnych, ciało zaczyna reagować przewlekłym zmęczeniem, zaburzeniami snu (często w formie hipersomnii – nadmiernej senności) oraz niespecyficznymi bólami napięciowymi. To nie jest lenistwo, jak często słyszą ci pacjenci od otoczenia. To wyczerpanie układu nerwowego, który od lat pracuje w trybie awaryjnym.

 

Dystymia o wczesnym początku a formowanie się osobowości

Szczególnym wyzwaniem terapeutycznym są przypadki tzw. early onset, gdzie objawy pojawiają się przed 21. rokiem życia, często w okresie adolescencji. Jeśli młody człowiek wchodzi w dorosłość z nieleczonym zaburzeniem nastroju, jego osobowość formuje się wokół tego deficytu.

W procesie socjalizacji uczy się on, że świat jest miejscem zagrażającym lub nudnym, relacje są męczące, a on sam jest nieadekwatny. Wytwarza mechanizmy obronne: wycofanie, cynizm, intelektualizację lub perfekcjonizm, który ma przykryć wewnętrzną pustkę. W dorosłym życiu taki pacjent nie ma wspomnienia „siebie zdrowego”. Nie ma punktu odniesienia, do którego mógłby chcieć wrócić w procesie leczenia. Dlatego praca terapeutyczna w takich przypadkach jest w istocie pracą nad przebudową struktury osobowości i nauką odczuwania emocji niemal od podstaw.

 

Ryzyko „Podwójnej Depresji”

Bagatelizowanie dystymii jako „lżejszej odmiany” depresji jest błędem w sztuce. Przewlekłe obniżenie nastroju drastycznie osłabia rezyliencję, czyli odporność psychiczną. Osoba z dystymią czuje, że nie posiada zasobów, by radzić sobie z kryzysami życiowymi.

Kiedy na ten chwiejny grunt trafi silny stresor – rozwód, utrata pracy, żałoba – bardzo często dochodzi do zjawiska „podwójnej depresji” (Double Depression). Na przewlekłe tło dystymiczne nakłada się ostry epizod dużej depresji. Ryzyko zachowań autodestrukcyjnych i prób samobójczych jest w tej grupie alarmująco wysokie, często wyższe niż w samej depresji endogennej, ze względu na głębokie poczucie beznadziei i brak wiary w możliwość zmiany.

 

Perspektywa terapeutyczna

 Leczenie Uporczywego Zaburzenia Depresyjnego wymaga podejścia zintegrowanego i długoterminowego. Farmakoterapia (najczęściej leki z grupy SSRI lub SNRI) pełni tu rolę wspomagającą – pozwala nieco „podnieść” napęd psychoruchowy, co umożliwia pacjentowi podjęcie pracy terapeutycznej.

blank

W MindPoint skłaniamy się ku metodom, które adresują specyfikę tego zaburzenia. Między innymi koncentrujemy się na deficytach wczesnodziecięcych. Często u podłoża dystymii leżą zaburzenia więzi, doświadczenie emocjonalnego opuszczenia lub dorastanie w atmosferze wysokich wymagań i krytyki. Terapeuta staje się obiektem, dzięki któremu pacjent może bezpiecznie odtworzyć i przepracować te traumy, ucząc się nowej jakości relacji – opartej na akceptacji, a nie na zasługiwaniu.

 

Z kolei inne podejścia i techniki mają za zadanie konfrontowanie pacjenta z jego biernością. Osoby z dystymią często żyją w przekonaniu, że nie mają wpływu na swoje otoczenie. Terapia ma na celu przełamanie tej „wyuczonej bezradności” i pokazanie pacjentowi, że jego zachowanie w relacjach interpersonalnych ma realne skutki, a on sam może być sprawczy.

 

Podsumowanie

 Dystymia nie jest wyrokiem na całe życie, choć pacjenci często w to wierzą. Jest stanem klinicznym wynikającym ze splotu czynników biologicznych, psychologicznych i środowiskowych. Wyjście z niej wymaga jednak czegoś więcej niż „pozytywnego myślenia” – wymaga odwagi do zakwestionowania własnej tożsamości, którą budowało się przez lata na fundamencie cierpienia.

Jeśli odnajdujesz w tym opisie fragment własnej biografii, wiedz, że to, co nazywasz swoim „charakterem”, może być uleczalnym zaburzeniem. A życie po drugiej stronie diagnozy ma zupełnie inne barwy.

 

Zostaw komentarz